Z pamiętnika kociary PDF Drukuj Email
Redaktor: Anna Gawryś   
12.05.2010.

Efezik, znaleziony przez autorkę na budowie. Fot.: Anna Figielska 

Niedzielne popołudnie w sympatycznej kawiarni. Przy kilku stolikach grupa osób prowadzi ożywioną dyskusję. Postronny obserwator, jeśli nadstawi ucha, wychwyci kilka tematów przewodnich: karmienie, siuśki, kupki, szczepienia, antybiotyki i katar.

Czyżby spotkanie grupy wsparcia dla młodych rodziców? Nie wygląda na to: towarzystwo jest zbyt zróżnicowane wiekowo, żeby wszyscy byli rodzicami bobasów. Gdy postronny obserwator nadstawi ucha uważniej, wychwyci szczegóły rozmowy. Zamiast pieluszek w rozmowie występują kuwety, oprócz szczepień, mowa jest o odrobaczaniu, a katar jest koci i wywoływany przez dwa wredne wirusy. Poza tym do rozmowy wkradają się tematy mocno już dla postronnego obserwatora niepokojące: łapanki, „sterylki” i (o zgrozo!) kastracja.

 

Tak wygląda spotkanie forumowiczów Miau.pl. Większość osób w tym gronie prowadzi domy tymczasowe dla kotów. Ja również.

 

Zaczęło się ponad dwa lata temu. Jako właścicielka, a raczej współlokatorka – wtedy – dwóch kotów trafiłam na Miau z jakimś pytaniem i zostałam, a potem wszystko potoczyło się właściwie samo. Przez te dwa lata przez mój dom przeszło ponad dwadzieścia kotów, w większości bardzo młodych. Wszystkie bez wyjątku wyciągnięte z piwnic, działek, śmietników lub wyrzucone przez poprzednich właścicieli. Prawie wszystkie wymagające długiego leczenia.

Ogromna większość z nich mieszka już w nowych domach. Kilku niestety nie udało się uratować… Dwa zostały w sposób zupełnie nieplanowany: po prostu uparły się, że tylko tu jest im dobrze i nigdzie indziej nie dadzą rady się zaaklimatyzować.

 

I takim oto sposobem mam cztery koty. Plus od czasu do czasu jakieś zakatarzone chudziny do wyleczenia, odpasienia i wydelegowania w świat. Do tego dochodzi prowadzenie tej oto witryny,  współpraca ze schroniskiem w Milanówku, organizowanie akcji na rzecz zwierząt i długie godziny spędzone na Miau.pl Większość wolnego, a nawet niekoniecznie wolnego czasu spędzam karmiąc koty, przytulając koty, bawiąc się z kotami, pisząc o kotach, czytając o kotach i sprzątając po kotach… Koty umościły się w moim życiu, jak na miękkiej kanapie i wszystko wskazuje na to, że ta tendencja zamierza się utrzymać.

 

Czasem zastanawiam się, czym ten etap mojego życia różni się od poprzedniego, „bezkociego.” Czy po kilku latach zajmowania się sprawami zwierząt, przede wszystkim bezdomnością zmienia się sposób myślenia i funkcjonowania w świecie?

 

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, starzy znajomi nie rozpierzchli się w popłochu, chociaż czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy z nich myślą czasem, iż „tej biedaczce całkiem już odbiło.” W Polsce wciąż jeszcze mocno trzyma się stereotyp kociary-wariatki, która owszem, ma złote serce, ale nie bardzo wie co robi: zbiera z ulicy wszystko, co się rusza i po kilku latach ląduje ze stadem zwierząt w skrajnej nędzy.  Wiele osób popiera działania na rzecz zwierząt, ale nie do końca wyobraża sobie, jak może funkcjonować ten inny, bardziej rozsądny model.

 

Tymczasem większość osób zajmujących się pomocą zwierzętom które znam obdarzona jest zdrowym rozsądkiem w najczystszej postaci. Jakakolwiek pomoc, żeby była efektywna, musi być mądra. Szczególnie jeśli w grę wchodzi być albo nie być żywych stworzeń. To oznacza, że trzeba się cały czas dokształcać, wymieniać doświadczeniami i współpracować. A przede wszystkim znaleźć złoty środek pomiędzy załamywaniem rąk z bezsilności, a porywaniem się z motyką na słońce.

Chcąc efektywnie pomagać zwierzętom trzeba wziąć pod uwagę swoje możliwości czasowe, organizacyjne, lokalowe i finansowe, a także zdrowie i dobrostan własnych zwierząt, które zazwyczaj mają własne zdanie na temat obecności tymczasowych lokatorów. Jednym słowem, trzeba nauczyć się odróżniać „nie dam rady” od „dam radę, jeśli trochę się zepnę.” I to niestety nigdy nie jest proste. Jednak, aby pomagać i nie szkodzić, trzeba okrasić swoją wrażliwość solidną porcją zdrowego rozsądku.

 

Sama wrażliwość zresztą też się zmienia w miarę, gdy coraz głębiej wchodzi się w temat zwierzęcej biedy. Jeśli ktoś chce zajmować się ratowaniem zwierząt, prędzej, czy później (zazwyczaj prędzej) bezpośrednio lub pośrednio zetknie się z ludzkim okrucieństwem. Do tego nie można się przyzwyczaić, ale trzeba nauczyć się żyć ze świadomością, że człowiek bywa najokrutniejszą z istot na tym świecie. Niby nie jest to żadne nowe odkrycie, jednak zbierając zwierzęta z piwnic i ulic mamy do czynienia z okrucieństwem en masse. Zwierzęta są bite, głodzone, trute, wyrzucane i przeganiane przez ludzi, czasem znanych, czasem anonimowych, żyjących w tej samej, co my przestrzeni. Nie zawsze zresztą musi to być okrucieństwo z zimną krwią. Równie szkodliwa, a na pewno bardziej powszechna jest bezmyślność i niewiedza.

Myślę, że jedną  z pierwszych rzeczy, których nauczyłam się w ciągu tych kilku lat pro-zwierzęcej działalności jest pewnego rodzaju „gatunkowa pokora.” „Człowiek” naprawdę nie zawsze brzmi dumnie.

 

Jest jeszcze ludzka obojętność. Są ludzie, których temat zwierząt po prostu nie interesuje i nie obchodzi i którzy uważają całą tę działalność w najlepszym razie za stratę czasu. Trzeba nauczyć się z tym żyć i robić swoje.

 

Z drugiej strony, działając na rzecz zwierząt spotyka się też ten „drugi biegun”:  ludzi obdarzonych wielkim sercem i wielką życiową mądrością. I niekoniecznie muszą to być osoby pracujące na co dzień w wolontariacie. Jako częsta bywalczyni lecznic weterynaryjnych mam w głowie rozmaite historie opowiadane przez opiekunów zwierząt, ich czułość i troskę oraz ogromne zaufanie, jakim darzą ich podopieczni. Jedną z najbardziej wzruszających scen był widok starszego małżeństwa z psiną w jednej z warszawskich lecznic. Troskliwie opatulony, przywieziony na dziecięcym wózku piesek miał 17 lat, problemy z poruszaniem, całą listę schorzeń … i pełne radości oczy. Był brzydki jak nieszczęście, ale dla swoich opiekunów przecież najpiękniejszy na świecie. I było oczywiste, że zrobią wszystko, aby był z nimi jak najdłużej: tak długo, jak jego życie będzie wolne od bólu, a oczy radosne.

Dla takich scen lubię atmosferę poczekalni w lecznicy weterynaryjnej, choć przecież nie zawsze jest tu wesoło. Ale jest to miejsce, gdzie obcy ludzie zaczynają ze sobą rozmawiać, opowiadają sobie wzajemnie swoje historie i chociaż czasem nie mają ze sobą wiele wspólnego łączy ich ta wyjątkowa więź z czworonożnym stworzeniem.

 

Autorka z  tymczaską Maszką. Fot.: J. Gawryś

Chyba nie każdy właściciel ma taką więź ze swoim zwierzakiem. Na zwierzęta trzeba się otworzyć, obserwować je i słuchać … i dopiero wtedy można się od nich różnych rzeczy nauczyć: bezwarunkowej miłości, beztroski, większej uważności na emocje, cieszenia ze spraw tak błahych, jak miękka poducha i padający na nią promień słońca.

 

Nie jest tak, że człowiek od pomagania zwierzętom staje się aniołem. Wręcz przeciwne: niektóre cechy, których się nabiera mogą być uciążliwe dla otoczenia. Czasem człowiek staje się bardziej krytyczny i bezkompromisowy, czasem nieświadomie zaczyna się oczekiwać od wszystkich wkoło większego zaangażowania. Czasem ma się momenty "społecznego pracoholizmu," a czasem ma się wszystkiego dosyć.

 

Angażując się w pomoc zwierzętom trzeba czasem zacisnąć zęby. Bywa trudno, a z tyłu głowy zawsze pozostanie świadomość, że to co człowiek jest w stanie zrobić – nawet z dobrze zorganizowaną grupą wolontariacką – to i tak kropla w morzu potrzeb. Gdy pierwszy raz trafiłam na forum Miau i opisany tam cały ogrom kociego nieszczęścia miałam ochotę uciec, rozpaczając z bezsilności. Na szczęście nie uciekłam.

 

Później wielokrotnie trafiałam na tę oto opowieść, popularną  w środowisku zwierzęcych wolontariuszy:

 

Wielki sztorm pozostawił na plaży tysiące rozgwiazd. Brzegiem oceanu powoli szedł starzec.
Delikatnie brał każdą rozgwiazdę do ręki i odnosił ją do wody. Z naprzeciwka nadszedł młodzieniec i zdumiony rzekł - Po co to robisz, starcze?! Przecież tych rozgwiazd jest tu dziesiątki tysięcy! I tak wszystkich nie uratujesz! Twoje staranie zupełnie nie ma sensu!!1

Starzec w milczeniu podniósł kolejną rozgwiazdę i wkładając ją do wody rzekł - Dla niej ma...


Przypominam to  sobie zawsze, gdy mam jakiekolwiek wątpliwości.

 

Mela: kotka, która koniecznie chciała zamieszkać u mnie. Fot.: Anna Gawryś 

 

Powrót do góry

Zmieniony ( 15.05.2010. )
 
© 2007 Zwierzak w domu | © Template by goP.I.P. | valide xhtml | valide css | joomla.org
Webdesign auf Usedom and Joomla